Z hazardem jest jak z rozwolnieniem

Nazywam się Łukasz i jestem hazardzistą od 15 lat. Nie gram od 13

miesięcy.

Taką mniej więcej formułką wita się każdego nowego uzależnionego na spotkaniu Anonimowych Hazardzistów. W sumie teraz wiecie już o mnie wszystko.

Nikogo nie chcę pouczać, na co uważać i czego się wystrzegać. Nie jest to również forma terapii, w ramach której oczyszczam siebie wyrzucając z wewnątrz całe gówno, jakie trzymam w sobie od lat. Nie żalę się, nie chwalę. Nie radzę, nie oceniam.

To próba opisania mechanizmu działania nałogu. Fajnie, jeśli chociaż jedna  uzależniona osoba, która to czyta postanowi zmienić swoje życie. Jeśli chociaż jedna osoba uświadomi sobie jak ciężko jest chora. Bo hazard to choroba. Śmiertelna. Zabije jutro, za rok, może za 20 lat. Ale zabije.

A co z resztą, tą nie mającą problemu z tym typem uzależnienia? Cóż, przeczytajcie sobie, jak łatwo i praktycznie bezszelestnie spieprzyć sobie życie oszukując się hasłem „to jest sport, znam się na nim”.

Obserwuj mnie na Twitterze: @Cielemecki

Może na początek zamknę raz na zawsze podstawowe pytanie zadawane każdemu hazardziście – ile przegrałeś? Nie wiem. Poważnie. Mogę to policzyć w przybliżeniu, w taki sposób: od 12 lat pracuję w zawodzie, całkiem nieźle zarabiam. Na koncie nie mam nic, pod poduszką również pusto. W ostatnich latach mój jedyny kontakt z bankiem polega na comiesięcznej egzekucji komorniczej pożyczek, które kiedyś zaciągnąłem na granie. Myślę, że w przybliżeniu przegrałem fajne mieszkanie w centrum Warszawy.

Dużo? Dla jednego fortuna, bo poznałem ludzi na terapiach leczących to uzależnienie, którzy przez 5 tysięcy złotych spuszczonych w kiblu stali na parapecie w oknie na 10 piętrze. Dla innych to mieszkanie to nic. Pryszcz. Prawda i dla bogatszego i dla biedniejszego jest ta sama: Każdy dostaje taki krzyż, jaki może unieść. Jeden dźwiga problem bolącego zęba, drugi stracił ręce i nogi w wypadku. Ale ten krzyż dla każdego z nich ma taką samą wagę. Jest do uniesienia.

Nie stałem na parapecie, tylko siedziałem sam w domu. Gapiłem się bezcelowo w ścianę, a chwilę później zacząłem drzeć się wniebogłosy. Bo doszedłem do samego końca drogi, miejsca skąd nie ma dalej gdzie pójść. Ani w prawo, ani w lewo. Ani się cofnąć, ani do przodu. Kompletnie nic. Wierzyciele walili drzwiami i oknami, a ja mogłem tylko bezsensownie się drzeć. Głupie, nie? Wtedy właśnie kapnąłem się, że jest bardzo źle.

Bo hazardzista to po pierwsze najlepszy kłamca na świecie, a po drugie sam nie przyzna się do nałogu. Chyba, że go do tego życie zmusi. Pamiętacie Huberta Siejewicza, tego arbitra z Białegostoku? Gdyby ktoś nie przyłapał go na obstawianiu u bukmachera, pudrowałby syfa dalej, ukrywał. I może zrobiłby krok do przodu z parapetu na dziesiątym piętrze… Zresztą podobnie jest przecież z Łukaszem Burligą, obrońcą z Wisły Kraków.

Kiedyś dość obrazowo wytłumaczył mi ten upór w odrzucaniu nałogu psycholog. Jedno zdanie z  tej swojej jajogłowej mowy przełożył na prosty język „Z hazardem jest jak z rozwolnieniem. Trzymasz, trzymasz, aż w końcu jak poleci, to koniec”.

W jednej chwili mógłbym wymienić dziesięć nazwisk piłkarzy z naszej ekstraklasy, którzy są uzależnieni od hazardu jak cholera. Zszokowani bylibyście. „Nie, on na pewno nie obstawia, to niemożliwe, to przecież taki fajny gość” – większość tak by pomyślała. I nic dziwnego, bo hazardziści to w większości fajni goście. Tylko chorzy bardzo.

Nie zapomnę pierwszej wizyty u psychologa. Była już dziewczyna zmusiła mnie do tego. Podczas godzinnej pogadanki pani w średnim wieku zadała mi kilka pytań testowych, chyba siedem z tego co pamiętam. Pomyślałem wtedy, że odpowiem szczerze, w sumie nie będę próbował oszukać profesjonalisty. – Jak często pan obstawia? – padło pytanie. – No codziennie. – Czy pożyczał pan pieniądze na grę, – No pożyczałem.
Na wszystkie pytania szczera odpowiedź. Tylko na te ostatnie, „Czy myślał pan kiedyś o samobójstwie” odpowiedziałem przeczącą. Zapadł wyrok: „Na siedem pytań, sześć razy odpowiedział pan twierdząco. Od trzech w górę zawsze diagnoza jest ta sama – patologiczny hazardzista. Kwalifikuje się pan na leczenie w zamkniętym ośrodku”. „Chyba ją porąbało” tak pomyślałem.

Na leczenie nie poszedłem. Przez kolejne sześć miesięcy przegrałem bardzo dużo, straciłem praktycznie wszystko, co kocham. Dotarłem do tego wynajętego pokoju, do tego momentu, kiedy darłem mordę do ściany. Do tego końca drogi. To ta sraczka, o której mówił psycholog.

Pamiętam film “Podwójna gra”. W jednej ze scen Walter Abrams grany przez Ala Pacino, filmowy bukmacher pyta się swojego podwładnego, Brandona Langa (Mathew McConaughey): –

“Wiesz dlaczego zawsze jeden mecz w NFL rozgrywany jest w poniedziałek? To dla wielu ostatnia szansa, aby odkuć się po nieudanym weekendzie”.

Jakoś tak mi to w głowie zostało

Czytaj więcej: logo

Z hazardem jest jak z rozwolnieniem
Rate this post

Comments are closed.